Ojciec rządzi Atalem, syn bukmacherskim STS-em

Jasny podział kompetencji – ojciec Zbigniew Juroszek jest prezesem dewelopera Atal, a syn Mateusz zarządza bukmacherskim STS-em –

spowodował, że pól do nieporozumień jest niewiele. Najważniejsze, że obaj nawzajem wyjątkowo się cenią

 

W 2012 roku weszliście jednak w konflikt z waszymi brytyjskimi partnerami. Od syndyka wykupiliście ich pakiet akcji, a oni w ramach retorsji wyłączyli system komputerowy w STS-ie i firma przestała działać. Wówczas sytuacja stała się jeszcze trudniejsza: nie dość, że spółka zagrożona, to jeszcze trzeba walczyć z niedawnymi wspólnikami.

  • Mateusz Juroszek: Była majówka – ja byłem wówczas w Finlandii czy Estonii, a ojciec gdzieś na Malcie. Wszystko ustalaliśmy przez telefon. To było bardzo trudne, ale takie sytuacje budują. Nauka na całe życie. Miałem nawet chwilę zwątpienia. Myślałem, żeby to szybko sprzedać po rozsądnej cenie i skupić się na Atalu, który świetnie się rozwijał. Wtedy ojciec powiedział mi wprost: „Mateusz, to przecież jest warte dziesięć razy tyle”. Odwaga ojca i to, że umiałem postawić firmę na nogi (w ciągu kilku tygodni tuż przed Euro 2012 kupił i wdrożył nowy system do zawierania zakładów – red.), sprawiły, że dziś jesteśmy, gdzie jesteśmy.
Mateusz i Zbigniew Juroszek
Mateusz i Zbigniew Juroszek                                                            Foto: Piotr Waniorek / Forbes

A kto wziął na siebie odpowiedzialność za tę decyzję?

  • Mateusz Juroszek: Było to w pełni ryzyko taty.
  • Zbigniew Juroszek: Ryzyko było duże, ale ciekawą rzecz wtedy zapamiętałem. Kiedy mówiłem „Mateusz, damy radę”, myślałem, że jako biznesmen muszę patrzeć długodystansowo i nie mogę przegrać. Nawet gdybym stracił finansowo, to innej decyzji podjąć nie mogę.

A dlaczego nie mógł pan odpuścić?

  • Zbigniew Juroszek: To są takie kluczowe momenty w budowaniu biznesu. Jeśli pan przegra z własną psychiką i się zlęknie, to straci pewność siebie i siłę na dalszą działalność. To będzie rzutować na wszystko, na cały przyszły biznes.
  • Mateusz Juroszek: Zbankrutowanie STS-u odcisnęłoby na nas piętno. Gdyby STS upadł, to przy debiucie giełdowym Atalu pierwsze pytanie inwestorów brzmiałoby: dlaczego upadł? Nie umieliście nim zarządzać? Nikt nie postrzegałby nas tak jak dziś.

A jak wam na co dzień razem się pracuje?

  • Mateusz Juroszek: Współpracujemy. Jesteśmy osobami, które bardzo lubią postawić na swoim. Wiemy, że nie powinniśmy sobie wchodzić w drogę. Dobrze więc się złożyło, że ja w większej części skupiony jestem na STS-ie, a ojciec jest szefem Atalu. Przyznam, że nie wiem, jak by się potoczyła historia, gdyby nie było STS-u, ja po studiach wylądowałbym w Atalu i razem byśmy nim zarządzali.
  • Zbigniew Juroszek: Syn jest młodszy, więc nie dość że ja mu mniej pomagam w STS-ie, to on mi więcej pomaga w Atalu.

A na ile pan angażuje się w STS?

  • Zbigniew Juroszek: Skala obowiązków związanych z Atalem jest tak duża, że nie chcę się wdrażać operacyjnie w to, co robi STS. Czasem pogadamy sobie o tym, co dzieje się w firmie, ale nie biorę udziału w podejmowaniu decyzji, czy wybrać to czy tamto rozwiązanie techniczne.
  • Mateusz Juroszek: Ojciec angażuje się w strategiczne decyzje, np. podpisanie umowy sponsorskiej z piłkarską reprezentacją Polski. Z drugiej strony co wieczór dostaje e-mail z wynikami danego dnia, na bieżąco śledzi wszystkie mecze, więc pyta mnie, co ludzie obstawiali. Wciąż ma serce do tej firmy.

Jasny podział kompetencji spowodował, że pól do nieporozumień między ojcem a synem jest niewiele. Najważniejsze, że obaj nawzajem wyjątkowo się cenią.

Cały wywiad przeczytasz na stronie Forbes.pl